READING

Gastro meeting czyli wieczór z pachnotką.

Gastro meeting czyli wieczór z pachnotką.

W ostatnią środę odwiedzili nas jedni z najbardziej poczytnych, warszawskich blogerów w składzie :  Jaja w kuchni, Odczaruj Gary, Czosnek w Pomidorach, Mysweetlife, Plate of Joy, Glodna, Magiczny Składnik,Wrząca kuchnia. Zaprosiliśmy ich na kulinarną podróż po Wietnamie, jakiej jeszcze u nas było. Przyznajemy się bez bicia, że byliśmy nieco zestresowani. Przygotowanie całej kolacji w trakcie normalnego funkcjonowania naszej niewielkiej knajpy, było nie lada wyczynem logistycznym – w końcu zajęliśmy całą, jedną salę, a tłum, jak zwykle, domaga się pho! Z tego wszystkiego udało nam się na początku zapomnieć o takich szczegółach jak … talerze 🙂

Naszych zaproszonych gości przywitał stół zastawiony wielkimi koszykami, wypełnionymi po brzegi sałatą, świeżymi ziołami i kiełkami  oraz talerze z krewetkami, pulpecikami zawiniętymi w liście pieprzowca i kotlecikami grillowanymi na trawie cytrynowej. I wtedy rozpoczęła się cała zabawa- każdy miał przygotować swoją własną, DIY letnią sajgonkę. Pierwsze lody stopniały w trymiga, przy wspólnej (nierównej) walce z papierem ryżowym jak i próbach stworzenia najbardziej kształtnego rollsa, oczywiście obowiązkowo z pachnotką! <3. Po skosztowaniu wietnamskiego sushi i próbach odgadnięcia co jest w środku, przyszedł czas na nasze danie popisowe – zupę pho. Stołem zawładnęły wywary w dwóch wersjach: typowym dla północnego Wietnamu (Pho Thin) oraz specjalności OhMyPho (DacBiet) z wołowiną, kurczakiem i krewetkami. Tu nastąpiły pierwsze pomrukiwania w stylu “ nie dam rady więcej”, lecz kiedy pojawiło się nasze danie główne w postaci Bun Cha ( czyli pieczona wołowina podawana na mieszance makaronu BUN z wietnamskimi ziołami w sosie rybnym) goście wzięli się w garść i dzielnie przystąpili do dalszej degustacji. Prawdziwym hitem okazała się jednak sałatka z wołowiną, mango i ryżem, czyli oszałamiający mix smaków, który wprowadził wszystkich w błogostan i zniknął do ostatniego liścia sałaty. Na to wszystko wpadła jednak szefowa kuchni z nieplanowanym dodatkiem w postaci faszerowanego tofu w sosie pomidorowym, czego spałaszowanie wymagało potem chwili przerwy w tym szaleństwie kulinarnym.

Namówienie gości na Che Thap Cam (deser na bazie zielonej fasoli, z orzechowymi kuleczkami w mące z tapioki, podawany z czarną fasolą, mlekiem kokosowym na skruszonym lodzie<3) wymagało użycia delikatnego terroru. Na nic zdawało się nasze całe gadanie, że to oryginalny Wietnam, że nigdzie indziej w Warszawie tego nie zjecie. Zadziałał dopiero sposób, który znamy wprost z rodzinnego stołu u babci – jak nie zjecie to nam będzie przykro ! 😉 Metoda zadziałała i nawet ci, którzy najbardziej się opierali, koniec końców spałaszowali całą porcję.

Po tym, nie da się ukryć, obżarstwie, daliśmy spokój z jedzeniem, pozostając jedynie przy kulinarnych tematach rozmów i niewybrednych żartach.

Podsumowanie wieczoru w dwóch słowach ? Pysznie i wesoło!


COMMENTS ARE OFF THIS POST

INSTAGRAM
Co u nas